“W pogoni za słońcem”, uciekając przed światłem – recenzja książki Lindy Geddes

Tytuł: “W pogoni za słońcem. O świetle słonecznym i jego wpływie na ciało i umysł”
Autor: Linda Geddes
Wydawnictwo: Insignis Ocena: 4/5 

Krążymy wokół niego z zawrotną prędkością. Wraz z nami cała nasza biologia. A konkretnie chronobiologia. To na niej i na słońcu (rzecz jasna) koncentruje swoją uwagę Linda Geddes książce “W pogoni za słońcem. O świetle słonecznym i jego wpływie na ciało i umysł”.

W pogoni za Słońcem, uciekając przed światłem (sztucznym)

Tak rozszerzyłabym tytuł tej książki. Dlaczego? Aby już na starcie podkreślić pewną sprzeczność w naszej relacji ze Słońcem i światłem, o której autorka będzie w wielu miejscach przypominać. Tę sprzeczność można by streścić w takim przesłaniu: “Chcesz się lepiej czuć – goń za Słońcem od samego rana, uciekaj od sztucznego światła wieczorem”.  Wydaje się to dość intuicyjne. Niestety nie jest obecnie proste w realizacji. Za dnia zbyt rzadko wystawiamy się na naturalne światło słoneczne. Szczególnie, gdy żyjemy w większym mieście, gdzie Słońce skrywa się regularnie za gmachami wieżowców lub to my jesteśmy przez cały dzień schowani w ich wnętrzu. Nocą, kiedy powinniśmy “widzieć ciemność”, otaczamy się z każdej strony, mocnym sztucznym światłem.

Jesteśmy dziećmi słońca, ale też ciemności

Dzieci Słońca – chyba doszliśmy do momentu, w którym bardzo łatwo zapominamy, że nimi jesteśmy. Tak, wiem i rozumiem. Takie określenie może wywoływać lekki grymas na twarzy. Zwłaszcza jeżeli chcemy trzymać się naukowego i badawczego podejścia. Nie ma jednak w tym sformułowaniu zbyt wiele magii. Jest to po prostu skrótowe ujęcie tego, że Słońce nas ukształtowało. To w jego blasku ewoluowały nasze mózgi. I to z jego blaskiem są one nadal ściśle powiązane. Nie zmienia tego nawet fakt, że dość sprawnie wynaleźliśmy sposoby na generowanie światła z innych źródeł.

Obecnie możemy cieszyć się jasnością długo dłużej. Wystarczy, że zaraz po zmroku odpalimy nasze jaskrawe żarówki, zlokalizowane w pobliży jaskrawych ekranów. Obecnie mamy większy chyba problem z dostępem do prawdziwej ciemności, niż do światła. (Kiedy ostatnio miałaś/miałeś okazję podziwiać granatowe, usiane jasnymi gwiazdami niebo w otoczeniu całkowitej ciemności?)

Czy więc przedłużanie ekspozycji na światło (sztuczne) wtedy, gdy nasz naturalny zegar już dawno zesłał ciemność, jest dla nas korzystne? Niestety nie i o tym Linda Geddes nam w różnych ujęciach i kontekstach przypomina. Pokazuje, jak duże korzyści dla naszego zdrowia i nastroju ma dostosowanie się do “programów słonecznych”, które wgrane są do naszego ciała. Oznacza to podążanie zarówno za światłem jak i … za ciemnością (!).

Ogólnie o książce

Linda Geddes zebrała dla nas sporo historii, badań, opinii i własnych doświadczeń, które pokazują jak bardzo nasz wewnętrzny rytm powiązany jest ze Słońcem. Autorka nie jest zawodową “badaczką Słońca”, lecz pisarką naukową, reporterką w „New Scientist”. W książce nie spogląda na Słońce jako gwiazdę, niespokojnego olbrzyma czy centrum naszego układu planetarnego. Nie znajdziecie więc tutaj zbyt wielu typowo “kosmicznych” faktów (ja osobiście trochę na nie liczyłam). Autorka patrzy na Słońce przede wszystkim jako na naturalny zegar. Zegar, który od początku naszego istnienia kształtuje cykle biologiczne nie tylko wokół nas, ale i w nas samych.

Książa pisana jest prostym, przyjaznym językiem. Mało w niej specjalistycznej terminologii, a sporo opowieści wziętych z codziennego życia. Podzielona jest na tematyczne rozdziały skupione wokół określonego “świetlnego” kontekstu. O ile książkę czyta się szybko, to ze względu na zróżnicowanie tych kontekstów, pewne rozdziały mogą okazać się mniej wciągające od innych. Ci, którzy podróżują na znaczne odległości i dobrze wiedzą jak dokuczliwy potrafi być jet lag, docenią szczegółowe porady na temat tego, jak możemy go łagodzić. Osobom lubiącym zagłębiać się w fakty historyczne spodobają się pewnie fragmenty relacjonujące wizytę na wzgórzu neolitycznego grobowca Dowth. Czytelnicy zorientowani na współczesne wątki, zapewne bardziej docenią opisy różnorakich badań z obszaru chronobiologii. Niezależnie jednak od szczegółowych zainteresowań, każdy zyska sporą dawkę “chronobiologicznej świadomości” i równie sporą dawkę argumentów przemawiających za tym, że warto myśleć o słońcu i podążać świadomie za jego “wskazówkami”.

Czy polecam i czy ta książka zmienia życie

Książkę oceniłabym na 3 gwiazdki, jako dobry kawałek przyjaznej literatury popularnonaukowej (ale z pewnością nie taki, który rzuca na kolana – zresztą nie każda książka ma za zadanie to robić).  Dorzucam jednak dodatkową gwiazdkę (skoro już o Słońcu mowa) ze względu na to, jak ważny temat porusza. Książka Lindy Geddes w lekki i przyjazny sposób przypomina szerokiemu gronu odbiorców (bo do dużej grupy czytelników ma szansę dotrzeć) o tym, czym tak na prawdę jest dla nas i dla naszych organizmów, światło słoneczne. 

A czy ta książka zmienia życie? Moim zdaniem trochę na pewno. Pewnie nie na zasadzie rewolucji, ale małych zmian, które można i warto wprowadzić. Ja po przeczytaniu tej książki wieczorami szybciej wygaszam mocne żarówki. Rano szukam światła słonecznego, żeby się naświetlić i zwalczyć poranny “kac melatoninowy”. Przy okazji … to pojęcie bardzo mi przypadło do gustu (z książki dowiecie się co to za “cudo” ten kac).

I co jeszcze robię lub chcę zrobić pod wpływem książki? Częściej wychodzę na spacery i też robię to rano. Dlaczego warto wystawiać się na światło właśnie z samego rana – po lekturze książki będzie to dla Was jasne … jak Słońce 🙂 Polecam!

*Zdjęcie nagłówkowe wpisu: Reimund Bertrams z Pixabay